wtorek, 29 marca 2011

będę się rozglądać

odzyskalam auto - dziala, mruczy i dzielnie przenosi mnie z punktu A do punktu B. do tego caly bagaznik jest moj - juz jest pelny :)

a ze logiki w moim zyciu brak - to dzisiaj o urokach wolnosci od samochodu
jak juz wczoraj wspomnialam nie trzeba szukac miejsca do parkowania, co generalnie jest koszmarem w Edynburgu. do tego mandaty za niewlasciwe parkowanie albo za 3 min dluzej niz mowi naklejka

kolejny przywilej pieszego albo pasazera autobusow to mozliwosc rozgladania sie na wszystkie strony. zagladanie do okien - czasami przez chwile gdy autobus mknie jak szalony a czasami dluzej gdy ledwo włóczę nogami. generalnie nie mam duszy zagladacza, bo cenie prywatnosc swoja i innych ale milo wiedziec co sie u konkurencji dzieje.
tutaj kolejne spostrzezenie. moj piekny , magiczny Grassmarket zaczyna przypominac kanapkownio- kawiarownie. urocze sklepiki i galerie pozamieniane na jadlodanie. nie powiennam marudzic, bo sama jestem jednym z tych co na dziarskim Marchmoncie urzadza herbaciano- ciastkowe swieto, ale moj wystroj stara sie dopasowa do powagi miejsca.
(wlasnie nich ktos w koncu wyrzuci te moje paskudne krzesla i wstawi mi tutaj mieciutkie siedziska )

jazda przez miasto to czas na czytanie ksiazek - tutaj moge sie zgodzic z jedna taka pania - w samolotach zasypiam, w pociagach tez mi sie zdarza ale na szczescie w autobusie bywam ktrocej i jest szansa przewertowac kilka rozdzialow. moja nieznosna dysleksja nie pozawal mi szybko czytac ale wystarczy i to.

co do spaceru zas, to zastapil mi w tym tyg silownie. pod gore z 4 litrami mleka, moze nie bylo to 300 kcal ale zawsze cos.

poniedziałek, 28 marca 2011

odsiedziec za nie swoje winy

brak samochodu zaczyna mi mocno doskwierać. myślałam że się przyzwyczaję i przestane marudzić, że zacznę się cieszyć wolnością - nie trzeba szukać miejsca do parkowania i najbliżej stacji benzynowe lub sainsberowskiej. gdzie tam. albo leniuch ze mnie, albo urodzony kierowca.

we wtorek 2 tygodnie temu ustaliliśmy bezdyskusyjnie, że miska olejowa jest uszkodzona. następnego dnia po przeszukaniu internetu dokonałam zakupu. w międzyczasie 2 razu miałam okazje usiąść za kierownica mojego rumaka, który w poniedziałek rano (tydz temu) głośnym silnikiem oświadczył mi, że potrzebuje odpoczynku i bez oleju nie pojedzie. w środę - o szczęście moje - przybyła miska, którą musialam odebrać z poczty. szybko też udałam się do zaprzyjaźnionego warsztatu samochodowego. tutaj nastąpiła chyba najsmutniejsza cześć tej "tragedii" - wyrok brzmiał: grzywna w wysokości ... funtów szterlingów i tydzień na zamkniętym
przywarsztatowym parkingu . płaczom i lamentom nie było końca.
taką jednak muszę ponieść karę za za szybkie przejeżdżanie na wysepkach zwalniających .
do tego albo spacer 40 min w jedna strona pod górkę ( tylko 30 min w druga), albo jazda autobusami z przypadkowymi ludzi, o przypadkowej godzinie i przypadkowym czasie dojazdu.


piątek, 25 marca 2011

uwaga - słodko, za słodko ...

nie umiem jeść słodyczy, mam wrażenie że nigdy nie umiałam,

pamiętam dzień, gdy poszłam do najbliższego sklepu , to było jeszcze na studiach, kopiłam sobie wielki zestaw najbardziej popularnych batoników i przyglądałam się im przez cały dzień, czytałam skład, sprawdzałam kalorie, w końcu je otwierałam i wąchałam - nie miałam sumienia ich zjeść. kolorowe opakowania, zapamiętane reklamy i brąz czekolady, a ja patrzyłam jak na wrogów. w końcu zaczęłam je jeść - najbardziej słodki i paskudny smak mojego życia.

kolejne wspomnienie z dzieciństwa to piwo - niby gorzkie, ale szybko się nauczyłam, że ma w sobie słód z szyszek chmielowych. nie zabraniano mi pić, ale mama systematycznie pytała mi się czy jestem pewna, że chce przytyć od tak banalnej rzeczy jak piwo. od niego przecież rośnie brzuch i całe ciało puchnie, pokazywała mi ile ma kalorii. wiedziała, że nie odstraszy mnie lepiej - do dzisiaj trzymając je w dłoni zastanawiam się jak bardzo znienawidzi mnie moje ciało za ten jeden łyk. od tej pory pije wino i whisky.

a dzisiaj
mam przed sobą cudny wybór słodyczy: serniki, makowce, scony i caramel shortbready, a ja nic.
w tłusty czwartek czekałam do 21 ze zjedzeniem pączka, na koniec rozmawiając z nim i prosząc o to żeby nie zniszczył mi ciała.
najgorsze jest to że po 30-35 min biegania na bieżni widzę : spaliłaś dzisiaj 280 -300kcal i płakać mi się chce. przecież można było nie zjeść tego ciastka, mogłam spalić kolacje, bo tyle chyba zjadam i poczuć się lekko.

nie umiem jeść słodyczy i już, nie sprawiają mi przyjemności, nie odczuwam tego cukrowego high jako radość a przekleństwo.